“Chcemy nauczyć ludzi, co to znaczy być lechistą” – wywiad z Grzegorzem Brudnikiem

Kategorie Wywiady

“Lechia powinna być promowana nie tyle jako klub piłkarski, co jako zjawisko społeczne. My to zjawisko chcemy bardzo rozszerzać na terenie Trójmiasta i okolic”, opowiada nam Grzegorz Brudnik, świeżo upieczony szef działu PR’u i promocji w Lechii Gdańsk. Rozmawiamy o pomysłach na poprawę frekwencji, doświadczeniach z Rakowa, kulisach pracy oraz pozyskiwaniu nowych kibiców.


Grzegorzu, masz niepowtarzalną okazję, by przywitać się z kibicami. Możesz powiedzieć kilka słów o sobie – kim jesteś, kim byłeś i czym do tej pory się zajmowałeś.

Wyszedłem od reklamy, przez wiele lat pracowałem po agencjach przechodząc przez wszystkie szczeble, od juniora po dyrektora kreatywnego. Co prawda, nie jest to raczej nic, o czym byłoby warto mówić, ale jakoś ta kariera się przetoczyła i powolutku zdobywałem doświadczenie. Co najważniejsze, ostatni rok spędziłem w Rakowie Częstochowa jako dyrektor marketingu i komunikacji, gdzie przetestowałem sobie trochę swoich pomysłów. Uważam, że wypaliły i mam nadzieję, że uda się kontynuować ten proces w Lechii.

Masz już jakiś pomysł na to, by kibice z Gdańska zaczęli przychodzić na stadion i oglądać mecze na żywo, a nie w telewizji?

Pomysły oczywiście są – zaprezentowałem je podczas szeregu spotkań rekrutacyjnych. Generalnie, uważam że Lechia powinna być promowana nie tyle jako klub piłkarski, co jako zjawisko społeczne. My to zjawisko chcemy bardzo rozszerzać na terenie Trójmiasta i okolic. Na pewno nie będzie to tak, że wszystko nagle zacznie działać, jak za użyciem czarodziejskiej różdżki. Za pomocą narzędzi komunikacyjnych będziemy sobie na spokojnie budować taki przekaz, który sprawi, że jego odbiorcy zdadzą sobie sprawę, że są lechistami, mimo że jeszcze nigdy o tym nie pomyśleli.

Jeśli dobrze rozumiem, chodzi o budowanie takiej świadomości przynależności do grona kibicowskiego. Czy według Ciebie, jest to coś, czego w ostatnim czasie brakowało w działaniach Lechii?

Działania tożsamościowe to główny aspekt tego, czym będę się zajmować. Oczywiście, te wszystkie pomniejsze narzędzia i kampanie też będziemy wdrażać, ale moim zdaniem najistotniejsza jest tutaj kampania tożsamościowa. Trzeba pamiętać, że Lechia to jest tak naprawdę prototyp. To klub z wieloletnią tradycją, ale czasy się zmieniły i w tej chwili trzeba to budować od nowa. Ta tożsamość oczywiście jest, tylko trzeba ją odpowiednio wypromować, by ona wyszła ze stadionu i poszła w miasto. Prawdopodobnie z takim komunikatem i nastawieniem będziemy chcieli podejmować wszystkie działania. Chcemy nauczyć ludzi, co to znaczy być lechistą.

Czyli trzeba skierować przekaz do tych, którzy pojawiają się na stadionie od święta.

Tak, taka stadionowa klasa średnia jest nam potrzebna. Nie musimy sprowadzać na stadion tych, którzy już tam przychodzą. Musimy dotrzeć do tych, którzy przychodzą czasami, albo nie przychodzą w ogóle.

Czy nie uważasz, że Stadion Energa Gdańsk jest za duży? Da się go na stałe zapełnić, a nie tylko od święta? Jak oceniasz potencjał kibicowski Lechii i innych polskich klubów?

Nie wiem dlaczego stadion miałby być za duży. Im większy, tym lepiej. To nie jest kwestia tego, czy stadion jest za duży, czy za mały. To jest kwestia tego, że w Polsce robi się mało dobrego marketingu piłkarskiego. Jeżeli Legia nie jest w stanie zapełnić swojego stadionu, a mówimy o dwumilionowym mieście, to znaczy, że nie rozmiar stadionu jest problemem. To nie jest tak, że te stadiony się mogą wypełnić w jednej chwili. To jest proces, w którym istotne jest nie tylko promowanie samych klubów, ale całej ligi i polskiej piłki. Chodzi o pokazywanie, że jest to produkt coraz bardziej atrakcyjny, coraz lepszy. Mam nadzieję, że kluby piłkarskie, zwłaszcza największe, zaczną rzetelnie pracować na ten sukces. Będą przygotowywać komunikację i traktować ten klub jak przedsiębiorstwo, które trzeba odpowiednio rozreklamować. Bez tego będzie ciężko. Natomiast, nie uważam, że stadion jest za duży. Mamy piękny stadion i jeśli od święta na jeden, drugi, trzeci mecz potrafi przyjść komplet, to jest potencjał, by tę frekwencję sobie zwiększać.

A propos Twojego doświadczenia w różnych branżach, czy to nie jest tak, że ten potencjał marketingowy polskiej piłki jest bardzo niewykorzystany? Wiele lat nic się nie robiło w tym kierunku, dopiero teraz się zaczyna i stosunkowo łatwo osiągnąć jakiś efekt. Jeden wpis na Twitterze potrafi wywołać komentarze, że “umio w internety”.

Tak, tylko to jest tak trochę na pokaz, bo to na nic się nie przekłada. Marketing to bardzo szeroka dziedzina. Ja tutaj powinienem bardziej mówić o PR’rze, który jest bardzo istotny, o komunikacji, czyli o tym, w jaki sposób się o klubie mówi. W pełni się zgadzam, piłka nożna w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych to był samograj. Nie było żadnej oferty rozrywkowej, ludzie przychodzili na stadiony żeby się spotkać i spędzić czas. Teraz jest inaczej. Klub piłkarski rywalizuje z całą masą przedsiębiorstw rozrywkowych, z kinami, z teatrami, z pubami, również z telewizją, z grami. Jest tego mnóstwo i polska piłka na pewno przespała ten moment, kiedy tę promocję należało zacząć uskuteczniać. Nie ma za bardzo na to pieniędzy w klubach. Kluby traktują to trochę po macoszemu. Dział sprzedaży jest ważny, bo sprzedaje, ale posiadanie działu marketingu jest taką smutną koniecznością. Spotkałem się z całą masą rzeczy, wiem jakich ludzi kluby zatrudniają do marketingu, co oni potrafią, czego nie potrafią. Długo można o tym gadać, ale wydaje mi się, że dobry specjalista jest w stanie w sposób zauważalny podnieść, tak zwaną w marketingowym bełkocie, świadomość marki. Poopowiadać trochę o tym klubie, pokazać ten klub i sprawić, że znikąd pojawia się w przestrzeni. Wydaje mi się, że z Rakowem trochę nam się to udało. Taki klub, który był trochę nigdzie i nagle zaczął być wszędzie. Oczywiście wiadomo, że pomogło wyeliminowanie Lecha, pomogło wyeliminowanie Legii, no ale też po prostu skonsumowaliśmy sobie ten sukces w odpowiedni sposób. Zrobiliśmy odpowiednią promocję przed, po i nagle okazuje się, że Raków postrzegany jest jako klub, który “umie w internety”. Nie policzę, ile setek tego typu wiadomości dostaliśmy w ostatnich miesiącach. No i co najistotniejsze, przełożyło się to na liczby, bo sprzedaż karnetów wzrosła o 500 procent i to jest naprawdę dużo.

No ale nie uważasz, że to jest głównie związane z formą sportową? Że bez tych sukcesów w Pucharze Polski i I lidze by tego nie było?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy Piast Gliwice, Mistrz Polski, zwiększył frekwencję, czy nie? Nie zwiększył. Mieli w sezonie mistrzowskim dokładnie taką samą frekwencję jak rok wcześniej, gdy walczyli o utrzymanie. Wyniki nie budują frekwencji. To jest jedna z tych rzeczy, których ludzie nie rozumieją i również kluby nie rozumieją.

No dobra, mnie to przekonuje, ale myślisz, że samymi działaniami stricte marketingowymi, PR’owymi da się zapełnić tak duży stadion? Nawet w przypadku słabej formy sportowej i niekorzystnych komunikatów na temat całej ligi, czy polskiej ligi, płynących w przestrzeń?

To jest tak, że dużo prościej jest sprzedać dobry produkt, niż słaby, ale nawet najlepszy produkt sam się nie sprzeda. Ja jestem zdania, że się da. Natomiast trzeba pamiętać, że to nie są działania dla działań. Teraz Brudnik przychodzi, będą fajne posty w mediach społecznościowych i będzie efekt. To jest cały proces. Niektórzy uważają, że ludzie nie przyjdą na mecz jak im się nie napisze posta na Facebooku. To zupełnie nie o to chodzi. To, co może wypełnić stadion, to pozyskiwanie nowych kibiców poprzez budowanie tożsamości. Moim celem jest to, by ludzie, którzy nigdy do tej pory nie byli na Lechii, poczuli, że oni też są lechistami.

Czy to jest ta legendarna “moda na Lechię”?

Nie, absolutnie. Ja bardzo nie lubię tego sformułowania, bo mody przychodzą i odchodzą. Ja bym chciał stworzyć “potrzebę Lechii”. Chciałbym żeby ludzie przychodzili na Lechię, bo tego potrzebują. W taki sposób – nie chcę używać słowa “zaprogramujemy”, ale chyba właśnie padło – zaprogramujemy świadomość i ich odczucia. Wypromujemy takie wartości, z którymi oni będą się zgadzać i prędzej czy później zdadzą sobie sprawę z tego, że są lechistami i na tę Lechię trafią.

Może się paru osobom narażę, ale czy nie obawiasz się, że mimo waszych odpowiednio dobranych komunikatów wysyłanych w przestrzeń, kogoś odstraszą tezy, czy treści prezentowane na trybunach, jak już na ten stadion trafi?

Nie wiem, czy na stadionie głoszone są jakieś tezy. Na stadionie jest doping. Kibice są grupą o silnym spoiwie tożsamościowym. Są głośni i wyraziści.

No ale zdarzają się komunikaty polityczne, czy światopoglądowe.

Tak, tylko że zdarzają się one także w telewizji, czy na murach. Dla mnie to nie ma znaczenia. Tacy ludzie, którzy przyjdą na mecz i potem powiedzą, że było za dużo polityki, było za dużo przekleństw, czy coś innego, to i tak nie są ludzie, których byśmy mogli pozyskać. Na meczach jest tak, jak jest. To jest też to, co budzi emocje, a my sprzedajemy emocje. Byłem jakiś czas temu na meczu rzeszowskiej A-klasy, mecz o spadek, bardzo ważny. Na trybunach stu kibiców, piknik, kiełbaski. Myślę, że był to mecz o dużo więcej niż przeciętny mecz w Ekstraklasie w środku sezonu, czyli o nic. Musi tak być, my sprzedajemy też kibiców, którzy przychodzą. Jeśli ktoś nie chce w tym uczestniczyć, to nie będzie uczestniczyć. Ja w ogóle nie rozpatruję takich barier, bo to nie ma sensu.

Czyli ludzie, których łatwo da się odstraszyć, nie są w ogóle w waszej grupie docelowej?

Trudno mi powiedzieć, bo jeszcze nie mam dokładnie sprecyzowanej i przebadanej tej grupy docelowej. Ludzie się zmieniają. Sam znam takich ludzi, którzy przyszli na Lechię i na niej zostali, choć na co dzień są ludźmi nieszczególnie otwartymi na zachowania, mówiąc w dużym uproszczeniu, agresywne. Ta agresja odpowiednio ukierunkowana, to jest – zaryzykuję stwierdzenie – pozytywna agresja. To jest wywieranie wpływu, wywieranie nacisku, to są emocje. To wszystko jest dosyć istotne i nikt nie chce i nie będzie chciał z tego zrezygnować.

Czy możesz nam zdradzić jakieś najbliższe pomysły na Lechię? Po czym zauważymy, że już działasz?

Ruszamy jutro z kampanią karnetową (rozmowa przeprowadzona 30.06 – przyp. red.). Ona jest zrobiona troszeczkę na szybko, ale ruszamy. No i te działania tożsamościowe, o których mówiłem, będą bardzo szybko zauważalne. Na pewno będę chciał przerobić trochę strukturę komunikatów, czyli co i w jaki sposób pokazujemy. Na pewno chciałbym robić więcej materiałów wideo, więcej grafiki, która szybciej oddziałuje. Chcę też poprawić jakość materiałów informacyjnych, czy wywiadów. Będzie tego bardzo dużo. Myślę, że efekty pojawią się dopiero za jakiś czas, ale wizualne aspekty pojawią się dużo szybciej.

Pewnie nie możesz się doczekać reakcji jednego z warszawskich portali na Twój szybki powrót, a nawet awans.

Zupełnie nie dbam o to, co o mnie piszą. Jestem człowiekiem trochę schowanym w jaskini. Mam w Lechii rzecznika prasowego, którego będę wystawiał na strzały. Tak samo jak w Rakowie – pozdrawiam Darię. To nie jest coś, co mnie w jakikolwiek sposób dotyczy. To, że ktoś coś o mnie napisał naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Poza tym, umówmy się, nie jestem w polskiej piłce postacią o takiej pozycji, żeby Weszło pisało o mnie dwa artykuły w ciągu jednego roku.

A czy w pewnym momencie żałowałeś tej całej akcji?

To jest trochę ambicjonalny temat, bo ja wiem, że nie powinienem się zachować w ten sposób. To jest trochę mało profesjonalne, ale samych słów nie żałuję. Zaczęło się od tego, że odpowiedziałem jakiemuś człowiekowi, który obrażał Raków. Ja obraziłem jego i raczej nie spodziewałem się, że dostanę za to bomby od strony Rakowa, a tak się w pewnym momencie stało. Nie chcę za bardzo do tego wracać. Napisałem to, co uważam i na koniec dnia wychodzi na to, że zyskałem na tym, więc czego tu żałować? Jestem w Lechii, jestem w domu i jestem bardzo szczęśliwy.

Masz jeszcze przeszłość, a może nawet przyszłość, związaną z pisaniem książek. Czy planujesz napisanie książki o polskiej piłce?

Nie wiem. Jeśli nawet, to na pewno nie dokumentalną. Ktoś mi nawet proponował żebym napisał coś o kulisach, ale teraz na pewno nie. Może kiedyś.

Poczytałem trochę o Tobie, zrobiłem mały research i dotarłem do takiej opinii: “Stawiajcie przed nim tylko ambitne cele, inaczej się męczy”. Czy nie obawiasz się, że branża sportowa lub praca w Lechii nie będzie dostarczać wystarczająco ambitnych wyzwań?

W sezonie, w którym prawie wywalczyliśmy mistrzostwo, mamy w fazie zasadniczej frekwencję na poziomie 15 tysięcy, a stadion jest na 40 tysięcy. Jeżeli to nie jest wyzwanie, to co jest wyzwaniem? Nigdy nie miałem przed sobą tak ambitnych zadań, więc myślę, że nie ma się czym przejmować.

Czy jest to w jakimś sensie służenie ludzkości?

Tak, to jest dla mnie bardzo istotne. Ciekawe, że to poruszyłeś. Ja odszedłem z branży reklamowej właśnie dlatego, że czułem, że jest to najbardziej niepotrzebny zawód świata. Sprawiałem, że pieniądze z jednej kieszeni przepływają do drugiej i tyle. Rozwijałem ten konsumencki świat, co nie sprawiało mi żadnej radości. Oczywiście nie jestem żadnym antyglobalistą, czy kimś takim, ale chciałem robić rzeczy, które będą coś więcej znaczyć. Pisanie książek na pewno było czymś takim, bo po prostu bawiłem ludzi. Traktowałem to zawsze jako tworzenie rozrywki, która ma bawić ludzi. No i w piłce jest dokładnie tak samo. Tu też mamy bawić ludzi, mamy im służyć, mamy dawać im radość. To dla mnie bardzo ważny aspekt tej pracy.

Wrócę jeszcze do konkretnych działań. Nie wiem, czy też miałeś takie wrażenie, ale mnie w ostatnim sezonie brakowało w Lechii konkretnych działań, gdy trzeba było zmobilizować kibiców, by uczestniczyli w najważniejszych meczach sezonu. Nie kojarzę żadnej kampanii oprócz grafik nawiązujących do “jaskini lwa”. Brakowało mi na przykład czegoś takiego, jak robili w Wiśle i Piaście, czyli emocjonalnego filmu, który viralowo rozprzestrzeni się po internecie i trafi do wielu osób. Nie uważasz, że zabrakło czegoś takiego i czy w przyszłości możemy się spodziewać takich kampanii?

Każde narzędzie jest po coś. Ja Wisły bym w tym przypadku nie przytaczał. To jest sytuacja bardzo wyjątkowa, poza tym wcale nie uważam, że była to dobra kampania. Była trochę o niczym, ale została tak zaprojektowana, by trafić w ten punkt emocjonalny. To była taka rozpaczliwa prośba o pomoc. Do samego przekazu miałbym wiele zastrzeżeń. Ja jak najbardziej chcę robić materiały emocjonalne i na pewno będziemy robić takie rzeczy, ale będziemy się też trochę bawić, tak jak bawiliśmy się w Rakowie. Robiliśmy śmieszne animacje, grafiki, które trzaskały bardzo dużo zasięgów. To nie jest tak, że będziemy tylko smucić. Jak jest czas na smutek, to jest czas na smutek. Jak jest czas na zabawę, to jest czas na zabawę. Uważam, że większość komunikatów powinna być emocjonalna. Szczególnie komunikaty wizualne, materiały wideo. To wszystko musi nieść emocje, bo my te emocje sprzedajemy. Trzeba pokazywać to, co mamy do zaoferowania, musimy oddziaływać na ludzi trochę podprogowo. Z pewnością można się spodziewać takich rzeczy. Oczywiście, w miarę możliwości.

Jeśli ten komunikat emocjonalny miałby być mocny i nieść ze sobą jakiś konkretny przekaz, czy dział PR’u musi konsultować kampanię z pionem sportowym? Czy mogą się pojawić jakieś wskazówki ze strony sztabu dotyczące formułowania komunikatów?

Zawsze jest tak, że dział PR’u współpracuje ze sztabem i drużyną. Mnie bardzo zależy, by mieć bardzo dobre relacje. W Rakowie tak było i dzięki temu nie trzeba piłkarzy jakoś specjalnie prosić o cokolwiek, bo się po prostu zgadzają. Nie musimy w komunikacji kierować się tym, co drużyna ma do powiedzenia, ale możemy. Na pewno będziemy o tym rozmawiać i na pewno będę szanować zdanie trenera Stokowca, czy rady drużyny, bo jesteśmy po to, by promować wspólne dobro. Oni są tym dobrem, my jesteśmy tym dobrem i musimy się dogadywać. Tutaj na pewno nie będzie żadnych sporów i wojenek. Jest tak wiele fajnych rzeczy, które można powiedzieć o klubie, że możemy sobie wybrać te, które będą pasować wszystkim. Szczególnie, że ja nie zamierzam robić komunikacji stricte o klubie. Zamierzam robić komunikację o Lechii, ale w rozumieniu zjawiska społecznego, czyli grupy społecznej, której piłka nożna jest tylko produktem. Wydaje mi się, że to, czego najbardziej się boi sztab, to to, żeby poprzez komunikację nie nakładać niepotrzebnej presji. Ja jestem zwolennikiem takiej teorii, że sukces należy konsumować. Konsumować, ale nie zapowiadać. W momencie, gdy sukces już jest osiągnięty lub jest bardzo blisko, możemy takie rzeczy robić. Na pewno fajnym przykładem jest to, co zrobiliśmy w Rakowie w połowie sezonu, gdy mieliśmy chyba dziesięć punktów przewagi nad drugą drużyną, awans był bardzo blisko, a my zrobiliśmy kampanię karnetową, którą nazwaliśmy “karnet dwudziestolecia”. Wyrzuciliśmy wszystkie racjonalne benefity, które w piłce nożnej nie działają, powiedzieliśmy: “kup karnet i przyjdź na siedem najważniejszych meczów w ostatnich dwudziestu latach”. Tutaj mogliśmy to śmiało powiedzieć, bo wiedzieliśmy, że ta walka o Ekstraklasę będzie. Nie zrobilibyśmy czegoś takiego na początku sezonu, kiedy nie wiadomo było jak sezon się potoczy. Tutaj można się łatwo poślizgnąć i skończyć tak jak słynne “awans albo śmierć” na GKSie Katowice, gdzie po sezonie wszyscy chcieli ich śmierci.

Chciałem jeszcze zapytać, czy z pisania książek da się wyżyć, ale wiadomo, że się nie da, więc chyba nieważne…

No nie da się, dlatego muszę jeszcze pracować dorywczo w Lechii (śmiech). A tak poważnie, to zawsze chciałem pracować w Lechii. Pierwsze podejście miałem wiele lat temu, jeszcze za prezesa Turnowieckiego. Wtedy nie wyszło, choć poszedłem tam z pewnymi projektami, one im się podobały, ale potem się okazało, że w dziale marketingu są dwie osoby i to jest dwóch dyrektorów. Trochę mnie chcieli, ale najchętniej, jak to mówią piłkarze, za frytki. Cieszę się, że wtedy nic z tego nie wyszło, bo bym sobie nie poradził. To jest bardzo odpowiedzialna robota i trzeba być do niej dobrze przygotowanym. Wiele lat poświęciłem temu, by być przygotowanym do pracy w Lechii. Jakieś pierwsze rozważania na temat marketingu piłkarskiego zacząłem czynić jakieś 10 lat temu. To wszystko było poznawanie, śledzenie trendów z zagranicy i tak dalej. Pewien czas zajęło mi opracowanie takiego autorskiego systemu i jednym z powodów, dla którego się zgodziłem podjąć pracę w Rakowie było to, że po prostu chciałem te rozwiązania przetestować. Myślę, że one się w Rakowie fantastycznie sprawdziły, bo z kim bym nie rozmawiał, to twierdzi, że Rakowa nie było i nagle Raków jest. No i skoro tam się sprawdziło, to myślę, że po lekkich modyfikacjach do okoliczności powinno się też sprawdzić w Lechii.

Ja się bardzo ucieszyłem jak usłyszałem pierwsze plotki, że możesz dołączyć do Lechii, bo uważałem, że nasz potencjał marketingowy był do tej pory słabo wykorzystywany. No i wydaje mi się, że w tej branży stosunkowo łatwo jakimiś fajnymi akcjami osiągnąć dobry efekt.

Najważniejsze żeby to nie były tylko “fajne akcje”, tylko cała praca koncepcyjna. Z tym, że to nie jest dużo pracy, to się zupełnie nie zgadzam. To na zewnątrz tak wygląda. Zanim my wyjdziemy z komunikatem, czy kampanią, najpierw ja muszę zrobić badania, wywiad środowiskowy i prawdopodobnie tylko dlatego w Rakowie nasze działania dały efekty. Tutaj nie będziemy badać kibiców, będziemy badać gdańszczan. Musimy zobaczyć, czego im brakuje, czego potrzebują oraz jaką ich potrzebę konsumencką może rozwiązać Lechia. To jest bardzo prosta rzecz. Jeśli ja podejdę na ulicy do kogoś i powiem mu “przyjdź na Lechię”, a on mi powie “po co?”, to jest to bardzo proste pytanie, ale odpowiedź już nie. Jak mu powiem “przyjdź obejrzeć fajny mecz”, to on powie, że ma najlepsze ligi świata w telewizji. Powiem mu “przyjdź spędzić czas ze znajomymi”, to on mi powie, że spędza czas ze znajomymi w pubie i tak dalej. Za pomocą tych badań trzeba wypracować odpowiedź na to pytanie. Może też paść nieśmiertelne “przeżywaj emocje na żywo”, ale to kompletnie nic nie znaczy. Jest to więc taka praca w fundamentach. Ja w Rakowie miałem tak skonstruowaną umowę, że przez 3 miesiące nikt nie mógł mnie zwolnić z pracy, bo im powiedziałem, że jest to praca w fundamentach, a tych po prostu nie widać. W Lechii oczywiście jest inaczej, bo w Rakowie zupełnie nic nie było. Bardzo fajne chłopaki pracowały na tych projektach. Marcin i Radek, oni robili cały ten marketing od tych niższych lig. No ale jeden był rzecznikiem prasowym, a drugi był specjalistą do spraw organizacji. Oni wiedzieli, że to nie jest to, czym powinni się zajmować. W Lechii są zasoby i wydaje mi się, że nie powinno być trudno zabłysnąć i zrobić coś, co gdańszczanie zauważą.

Właśnie o to mi chodziło, że w innych branżach odbiorca jest przebadany, stargetowany, a w polskiej piłce działa to na zasadzie “przyjdź na mecz i ciesz się, że możesz oglądać”.

Trochę tak, trochę nie. Kluby też szukają i zdają sobie sprawę z tego, że coś nie działa. Produkt jest coraz lepszy, frekwencja powoli rośnie, choć ten przyrost nie jest taki, jak być powinien. Oczywiście są też nowe stadiony, które generują trochę nowego ruchu na jeden-dwa sezony. Wystarczy spojrzeć na to, co się na Widzewie działo. Druga liga i pełen stadion wyprzedany. Podejrzewam, że w tym sezonie już nie będzie tak kolorowo, ale zobaczymy. To jest właśnie taki benefit bardzo racjonalny – “przyjdź, zobacz nowy stadion, jest nowocześnie”. Wiadomo, w tej Łodzi, gdzie przez długi czas nic się nie działo, nagle miasto się rozbudowuje, ktoś zaczął o nią dbać, pojawiły się stadiony i ludzie mają potrzebę takiego obcowania z fajnym, nowoczesnym światem. W tym nie ma nic złego, wszyscy tak mają. Zobaczymy jak długo to się utrzyma. Tak jak mówiłem, kluby szukają rozwiązań, choć póki co jest to takie działanie na ślepo. Większość promocji sprowadza się do takich czysto sprzedażowych, czyli “kup bilet, odbierz drugi gratis” i to nie działa. To może zadziałać tylko na tych, którzy już przychodzą. Tych nowych musimy przekonać, że przychodząc na stadion dostaną coś ciekawego, czego się nie spodziewali. No i to nie może być piłka nożna, czy spektakle kibicowskie. To musi być potrzeba. Kibic musi przyjść na stadion, że tak się wyrażę, za naturalną potrzebą.

Tylko najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, jak wzbudzić tę potrzebę.

Jestem tu właśnie po to, by spróbować to zrobić.


Rozmawiali: Stanisław Kaczorowski i Maciej Głombiowski

Web designer, kibic Lechii Gdańsk. Lubię transferki.

1 zastanawiasię ““Chcemy nauczyć ludzi, co to znaczy być lechistą” – wywiad z Grzegorzem Brudnikiem

  1. chcecie powiekszyc widownie i co z tego wynika nic ,jak dla mnie wystarczy zrobic jedna rzecz KOMUNIKACJA prosze mi napisac jak kibice maja dojechac z takich bliskich dzielnic jak oliwa czy przymorze nie pisze juz o niedzwiedniku czy morenie. Z przymorza jest na stadion okolo 3-4 km ,ale jak dojechac- na pieszo strarsze osoby maja isc, taxi , czy skm do gdanska przesiadka i pod stadion przeciez to wyprawa. zdajcie sobie sprawe ze dopóki nie bedzie bezposrednich autobusow to taka widownie bedziecie mieli. trzeba uczyc sie od najlepszych w BREMEN autobusy zjezdzaja sie z wszystkich dzielnic i super to funkcjonuje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *